Ostatnio w kinie pojawiają się kolejne części filmów sprzed dziesięciu, a nawet dwudziestu lat. Gdyby tego było mało to w roli głównego bohatera zobaczymy aktora z danej serii, który jest oczywiście 10 lub 20 lat starszy. Był już “Rocky V”, “Rambo IV” oraz “Szklana Pułapka”. Ciężko oglądać Rambo, a stary Rambo to jeszcze cięższy temat do oglądania. Teraz na ekranach kin pojawia się Indiana Jones. Jaki może być efekt końcowy tego filmu. No cóż fani bohaterskiego archeologa w kapeluszu nie powinni być zawiedzeni, ale zawsze lepiej samemu ocenić nowe przygody Indiany Jonesa.
Człowiek może się naprawdę bardzo zdziwić, kiedy głębiej zastanowi się nad tym co wie i tym co myśli, że wie. Nie słyszałem absolutnie nic na temat tego filmu. Pamiętam jedynie, że widziałem plakaty, reklamujące film. Jednak od początku sądziłem, że to kolejna marna historia, umiejscowiona fantastycznym świecie. Jak bardzo się pomyliłem trudno opisać, ponieważ ten film trzeba obejrzeć. Znajdziemy w nim baśniowy klimat, ciekawą historią i prawdziwy wątek miłosny. Moim zdaniem każdy znajdzie tam coś dla siebie.
Dzisiejsze kino praktycznie nie może obejść się bez efektów specjalnych. Nowoczesne techniki pozwalają stworzyć nową jakość, która do tej pory nie istniała. Tak było w przypadku “Sin City”, który oprócz interesującej fabuły, cieszy oko wykonaniem wizualnym. W przypadku tego filmu, a raczej animacji historia wygląda trochę inaczej. Reżyser postanowił radykalnie ograniczyć kolory, aby uzyskać wysoki kontrast. Biel i czerń, królują niemal przez całe sto minut. Ten specyficzny sposób przekazu może może jednak sprawiać pewne problemy w odbiorze.
Filmy akcji to przeważnie mieszanina strzelanin, pościgów i różnych walk. Wszystko zależy jednak od tego w jakim stopniu występują te składniki. Nie inaczej jest w tym przypadku, chociaż strzelanin tu mało, a i pościg był jeden. Kolejny przykład średniego filmu zza wielkiej wody, które kręci się na potęgę. Mimo tego, główne postacie to prawdziwi twardziele i pozwolą nam się nudzić, a przynajmniej zasnąć. Jeśli jeszcze oglądaliście jakiś film ze Jasonem Stathamem lub Jetem Li to najprawdopodobniej ten również przypadnie wam do gustu.
Filmy fantasy stały się w ostatnich latach bardzo popularne. Przyczyny tego zjawiska mogą być różne. Może sukces ekranizacji “Władcy Pierścieni” J.R.R. Tolkiena, a może taki Harry Potter, wymachujący magiczną różdżką skłaniają branżę filmową do zainteresowania się tym gatunkiem. Nieważne przyczyny, ale efekt jaki powstaje dzięki nim. Wielcy bohaterowie, drapieżne bestie, magiczne stwory ożywają dzięki zaawansowanym efektom specjalnym. Oczywiście sama historia i efekty nie wystarczą, ale główne składniki na odniesienie sukcesu już mamy. Potrzeba jeszcze garstki aktorów, reżysera i dobre kampanii marketingowej.
Kryminał to interesujący gatunek, ponieważ potrafi trzymać w napięciu przez cały film. Jeśli jest dobrze zrealizowany to nie pozwala widzowi zasnąć, ani nudzić się w trakcie seansu. Nie inaczej jest z filmem Mr. Brooks. Ciekawy pomysł, został bardzo dobrze zrealizowany i przekazany widzowi, który ma się nad czym zastanawiać po obejrzeniu filmu.
Plakat do tego filmu zobaczyłem u mojej znajomej na drzwiach. Oczywiście nie wiedziałem nic na temat tego filmu dopóki go nie obejrzałem. Sama Jodie Foster była dla mnie wystarczającą rekomendacją do zobaczenia tego filmu. Człowiek nawet nie potrafi wyobrazić sobie jak źli potrafią być ludzie, dopóki sam lub jego bliscy nie doświadczą czegoś strasznego. Tragedia bohaterki zmusza nas do prawdziwych przemyśleń. Jednak nawet kiedy będziemy starać się unikać kłopotów, one same mogą nas znaleźć. A to może być naprawdę przykre.
Zapewne wszyscy przywykliśmy do tego, że przemysł filmowy często serwuje nam odgrzewane kotlety. Oficjalnie remake to nowa wersja filmu, który został zrealizowany, ale dla mnie to brak pomysłu na coś nowego i oryginalnego. Zawsze można pokazać sprawdzone schematy w nowej oprawie. Ludzie zapewne to kupią. Nie inaczej jest w przypadku historii drobnego farmera, który zgadza się na eskortowanie niebezpiecznego bandyty. Sami przyznacie, że historia niezbyt skomplikowana. Tylko dlatego, że nie oglądałem oryginału sprzed 50 lat, postanowiłem zobaczyć ten film.
Zombie możemy pamiętać z różnych filmów. Przeważnie były to horrory, chociaż osobiście nie kojarzę żadnych, szczególnie wybitnych. Jednak kojarzę dwie świetne komedie z zombiakami, mianowicie “Martwicę mózgu” oraz trochę nowszy “Shaun of the Dead”.
Jednak “28 tygodni później” to nie komedia, a kontynuacja filmu o zabójczym wirusie, który zamienił cały Londyn w miasto zombiaków.
Trudno wyobrazić sobie tragedię wojny, kiedy nawet relacje naocznych świadków mogą być sprzeczne. Drugi z filmów Clinta Eastwooda, dotyczących wydarzeń na wyspie Iwo Jima, opowiada historię chyba jednego z najsłynniejszych zdjęć. Historia sześciu żołnierzy, którzy zatknęli amerykański sztandar na szczycie wulkanu Suribachi, pokazuje jak łatwo można zafałszować historię i przedstawić ją w zupełnie innym świetle.




Ostatnie komentarze